sobota, 2 grudnia 2023

Odpowiedzi Teo do albumu na koniec przedszkola

Teodor Czyżewski Najbardziej w przedszkolu podobało mi się, jak bawiłem się z Szymonem i Krzyśkiem w poszukiwanie pociągu ze złotem. Bardzo dobrze wspominam też przyjęcie urządzone przez s.Wiolettę dla dzieci, które nie pojechały do programu „Ziarno”. Najbardziej lubię całe przedszkole, to znaczy: Panią Olę i Panią Justynę, dobre jedzenie, żarty Mariusza (o Jasiu Fasoli). Lubię też liczyć, czytać komiksy, budować konstrukcje, rysować różne postacie z lego (np. ninja, strażaków), lubię wyprawy samochodowe (nad morze, jezioro, w góry) i żeglowanie jachtem Cobrą 33. Marzę nie wyjść z przedszkola i odkryć pociąg ze złotem. Wtedy podzieliłbym się z Szymonem, Wojtkiem, Krzysiem i innymi dziećmi. Za moje złoto podróżowałbym po innych krajach, bo lubię dowiadywać się o ich mieszkańcach (i ich zwyczajach).

Emigracja w rodzinie

Moją rodzinę rozdarła emigracja. Mocno związanych ludzi, zaangażowanych w działania antykomunistyczne próbowano zmęczyć różnymi szykanami. Utrudnić życie. Znaleźć słaby punkt, którego naciśnięcie spowoduje, że dadzą sobie wreszcie spokój i zmiękną. Siostra mojej mamy, Magda, nie zgodziła się na pracę na wsi. Studiowała polonistykę, zżyła się z wielkomiejskim środowiskiem Poznania, rodzącymi się nielegalnie inicjatywami ludzi młodych, zwią- zanych z poznańskimi dominikanami. Chcia- ła uczyć, pewnie organizować podziemne działania, otwierać młodym oczy. Wyjechała do Londynu, a po ukończeniu tam kolejnych studiów dalej, statkiem do Australii. Patrzę na moją córkę, Idę, któ- rej przez pierwsze 3 miesiące w przedszkolu najbliższymi kolegami byli dwaj chłopcy pochodzenia wietnamskiego. Z balkonu obserwuję dzieciaki na „dwórku” – jak mawia Idka. Mały Tony biega za Idą. Po kilku tygodniach zaczynają zjeżdżać swobodnie ze zjeżdżalni. Wiem jakie strachy pokonała moja córka – niechęć przed szybką jazdą, konieczność puszczenia poręczy i zjazd. Widzę, że nie tylko dała sobie radę z żywiołem zjazdu, ale jeszcze – cała Ida – weszła w nowe doświadczenie z głośną radością. Jak już coś polubi, to całą sobą, całym gardłem. Nie znam lęków Tonego. Nie znam jego świata. Od wyjazdu Magdy „tam” minęło ponad pół wieku. Dzielą nas dziesiątki tysięcy kilometrów. Czy jego rodzinę emigracja kosztowała też tak wiele, jak moją dekady lat temu? Czy ci, którzy zostali myślą (bo może mówić nie mogą): „nie ma ich tu, jaki żal, ale już nie muszą znosić nienawiści”?

Chciałam to wysłać do Wysokich Obcasów

Zepsuł mi się telefon i muszę sobie kupić nowy. Przechodziłam dziś przez Plac Konstytucji i tam zapraszająco zamigotały do mnie reklamy jednego z operatorów sieci. Weszłam. Jak kosmicznie! Wszystko takie wypielęgnowane, jasny przekaz, ale odpowiednio dawkowane różne zdziwienia. Cóż, w końcu przodujący operator, swoją agresywną polityką zdystansował konkurencję. Wystrój wnętrza dokładnie taki sam, jak w setkach innych salonów tej firmy. A krzesła to robią wrażenie stołków barowych. Ach, jako matka dwójki małych dzieci co prawda w barze (i wielu innych miejscach) nie byłam od 4 lat, ale chociaż tu sobie po cichutku poudaję, że tak swobodnie się czuję i że mi tak przyjemnie, jak na imprezie. Tylko będę musiała pamiętać, żeby z wysokości zerknąć czasem na moje siaty, z innej bajki. O, dla takich stołków to nawet poczekam te kilka minut w kolejce. Zajęte 4 stanowiska i kilka osób czekających przede mną. Czyli mogę sobie dalej powyobrażać. To moja prywatna zabawa. Jako mama dwóch maluchów taką grę sobie wymyśliłam – idealną na sytuacje unieruchomienia przy karmieniu, czekania na dziecko, stania na placu zabaw. Stanowisko numer 1: pani ekspedientka (jakiego słowa teraz się używa? Sprzedawca tak, ale sprzedawczyni?) wydaje mi się znajoma, ale odmieniona – wstawiona w jakąś silikonową, przejrzystą nakładkę z blond peruczką. Skąd ją znam? Może z jakiegoś koncertu? Pewnie grała na skrzypcach, tak, stąd to zgarbienie, pewnie od bólu szyi. Miała wtedy wieczorową czarną suknię i błyszczące kolczyki. Teraz bardzo skupiona wyszukuje coś dla pary klientów w komputerze. Może sobie na taką rutynową pracę pozwolić, musi przecież czasem odetchnąć od estradowej nieprzewidywalności… Stanowisko nr 2: obsługujący schowany za monitorem, ale za to widzę dobrze panią obsługiwaną. Ha, ależ historia. To starsza pani, okularnica, bardzo miła mina i staranna gestykulacja. Może zna słowa Kieślowskiego, że od 40-tki pracujemy na nasze twarze? Wygląda jakby... Tak, na pewno… grywa z mężem i przyjaciółmi w brydża. I… popijają do tego domowej roboty likiery. Pigwę do likieru pani zbiera do wiklinowego kosza w ogrodzie swej przyjaciółki. Jak grają i piją, to są wtedy tacy zabawno-intelektualno-rozgadani, a pani błyska tymi swoimi grubymi szkłami. Pani ma też kraciastą koszulę. Na pewno zabiera ją na wyprawy w góry. Jeżdżą od „zawsze” do schroniska, albo do... zaprzyjaźnionej gaździny. Góry znają jak własną kieszeń. Coroczna wyprawa jest świetna dla kondycji. To stąd ta prosta sylwetka, mimo wieku koło 70-tki. Choć prosta, to jednak pani jest niewysoka. No, niziutka. Właściwie, to nic nie może chyba zobaczyć na tym monitorze. Pewnie znowu będzie tak jak zawsze – nie dowidziała, pan jej coś tam tłumaczył, pytał o potwierdzenie, to się zgodziła, taki przecież życzliwy. Z każdym można się porozumieć, jeśli się ma w sobie otwartość i sympatię do ludzi. A ten przecież naprawdę chciał pomóc. Nie da się już naprawdę głośniej? No ale że też nie usłyszał, że dzwonki mają być naprawdę bardzo głośne. Ale na razie jeszcze nie wyszła z salonu (salonu! Sic!), stoi, poprawia okulary i przysłuchuje się monologowi młodego sprzedawcy, bulgoczącego żargonem telefonoświatka. Zmienia pozycję. Chyba jest jej niewygodnie. No tak, w zeszłym roku po raz pierwszy nie pojechali w góry, ze względu na jej operację stawu biodrowego. Ma się oszczędzać i kategorycznie prosić, by jej ustąpiono miejsca. Razem z nią rozglądam się za skrawkiem zwykłego krzesła. Nie, krzesło do baru nie pasuje. Nie jest sexy, co taka proza może oznaczać w takim supermiejscu. Zepsułaby wszystko. Cały wysiłek młodej, ekspansywnej ekipy dizajnerów i architektów, którzy z wypiekami na twarzy urządzali to dwudziestopierwszowieczne sanktuarium i dziś są tacy dumni. Tacy dumni. Bo byli bezkompromisowi. „Jak człowiek wejdzie, to ma poczuć… WOW! To naprawdę jest moje miejsce, moje telefony, moje anioły za ladą, to wreszcie jest to, czego potrzebuję”. A nie jakieś nudne krzesła-sresła. To nie ta linia. A linia ma tu wszystko łączyć, w tym projekcie. Bez tego ludzie się nie poczują częścią tej, tej, tej... rodziny. *** Moja siostra studiowała architekturę i co nieco mi powiedziała o proporcjach. I jak tak spojrzałam takim architektokiem, to od razu zobaczyłam, że ta pani, co z tego, że miła, po prostu jest z innej bajki. Ona tu w ogóle nie pasuje. Jej kolory gryzą się z dominującą barwą, jej wzrost utrudnia pracę sprzedawcy i właściwie pociesznie wygląda, a jej łaknące krzesła biodra nikogo nie interesują. Pomyślałam o Franku, znajomym wózkowcu. Co by tu mógł? Kupić wymarzony telefon? Raczej liczyć na łut szczęścia, bo też by zgadywał co widzi na monitorze metr nad nim. Już widzę jak przedsiębiorcza sprzedawczyni ściąga laptopa, wymachuje kablami prezentując zalety promocji, ale, oj niestety, kabla już bardziej nie da się wyciągnąć. Niech mi pan wierzy, to jest najlepsze rozwiązanie. Zaczęłam wyliczać znajomych i krewnych. Dla co najmniej 1/3 z nich to wysokie, jednonogie krzysło-metafora byłoby nie do użytku. A ja? Wgramolę się na barowe krzesło, nawet dopasuję się do dominującej linii, ale zabawy już nie będę mieć. Bo cały czas będę myśleć, że każda z 39 złotówek abonamentu, który zaplanowałam wybrać, będzie znakiem, że „tak! Wspaniale, więcej tego, tak! To ten kierunek”. Dla mnie to jest takie delikatne, nie wprost wykluczanie ludzi. Taka polityka półuśmiechu pod tytułem „przykro nam, nie może pani zostać naszą klientką”. Chyba czas, żebym też zaczęła być bezkompromisowa. Mój abonament pomnożony przez kolejne lata mógłby być zarobkiem tej firmy, ale nie będzie. Zapomnę o tej firmie, a za to pobawię się w moją bezpłatną grę i dopiszę motorniczemu mojego tramwaju życiorys poety. Gdy wraca ze zmiany, to już tylko kartki i ołówek. Zanim zostałam mamą, z moim studentami dużo rozmawialiśmy o społecznej odpowiedzialności biznesu. Że ta odpowiedzialność to nie tylko marketingowo korzystne sponsorowanie imprez dla dzieci, ale też wychodzenie ku człowiekowi, tworzenie przestrzeni przyjaznej, „dospołecznej” a nie „odspołecznej”. Wtedy byłam pełna entuzjazmu, teraz niepokoję się co moje geny zobaczą oczami mojej praprapraprapraprawnuczki. Niedziela, 10.02.2013 „Gwałt na Lukrecji” Brittena, Stara Drukarnia PAP Miłość to wyzwalające więzy Rola chóru – pomiędzy historią a publicznością, żadne „oko” puszczane do nas Dosłowność gwałtu – czy potrzebna? Wpisywała się w młodzieńczą rewolucyjność, energię twórczą Kompletność scenografii, umowność Jakieś mocne poruszenie we mnie – wspólne opłakiwanie tego świata, tego urządzenia go wraz z miłością i każdym jej przeciwieństwem, albo substytutem, albo wynaturzeniem: chciwością, zazdrością, złością, nienawiścią, brakiem wybaczenia samemu sobie… Poniedziałek, 17.03.2014 Czy wybór prywatnej szkoły przyczynia się do pogłębiania nierówności społecznych? Wczoraj rozmawialiśmy z Domachowskimi i Michałowskimi o ewentualnym wyborze szkoły Montessori dla Idy. Iwona:  wybierając taką szkołę, pogłębiacie różnice społeczne, przyczyniacie się do pogłębiania nierówności. Jak to mnie mocno dotknęło. Przecież ja moim życiem pragnę, by ludziom życia nie utrudniać, dzieciom ujmować ciężarów – za te najgorsze uważam te, spotykające je w domu, więc stąd moje zainteresowanie przeciwdziałaniem przemocy. Nierówności silnie korelują z przemocą. I tu takie stwierdzenie. Bolesne. Moje argumenty:  Montessori jest prywatna, ale jej linia to nauczyć szacunku do siebie i innych. Wychowanek takiej szkoły z mniejszym prawdopodobieństwem będzie pryzcyzniał się do wyzysku drugiego człowieka, bo zinternalizuje uczciwość i szacunek  przez fakt uczestniczenia w publicznej oświacie z definicji podcinam skrzydła dziecku. Podcięte skrzydła kiedyś będą jej kazaly milczeć w chwili próby, strachu, niesprawiedliwości itp. Poczucie prawa do głosu itp. zdobyte w Montessori być może pozwolą jej na inną, bardziej obywatelską reakcję  szkoła panstwowa socjalizuje do opresji, funkcjonowania w systemie kar, siłowych rozwiązań. Swoim ukrytym programem zachęca do skupiania się na swoim, karze za współpracę i inicjatywę.  posyłając do szkoły państwowej mówię „tak” ofercie państwa. A ja się na nią nie zgadzam, tylko że mam niewielkie możliwości manewru. Nie ma mowy o konstruktywnym współtworzeniu szkoły. Mogę ewentualnie nie zgodzić się, zasiać ferment w jakiejś sprawie. Ale nie zmienię osobowości uczących tam ludzi.  Podczas spacerów mijam okoliczne przedszkola i obserwuję musztrę, komendy, wyznaczone trawniczki, zadziwiające zasady, których mali przedszkolacy muszą się słuchać. I nie kwestionować! Akurat czytam Foucaulta o systemie więziennictwa. Przed oczami mam ilustrację do książki...  wybór szkoły osiedlowej tak samo jest pogłębianiem czy utwierdzaniem nierówności – w tym sensie, że godzę się na przynależność do większości łatwo podporządkowującej się, bo szkoła do tego wychowuje, wybierając szkołę płatną defacto pogarszam nasz byt materialnie. Mając dwoje dzieci będziemy każdego roku o co najmniej 40 tysięcy ubożsi. Tych pieniędzy nie przeznaczymy na lepsze warunku mieszkaniowe, lepszy sprzęt elektroniczny czy sportowy. Czy więc samo przebywanie wśród osób z wyżśzej klasy średniej jest czynnieim pogłębiania nierówności? Czy takie przebywanie jest równoznaczne z przejęciem jej stylu życia?  wejście w system edukacji jest faktycznie przytaknięciem jej. Prywatnej, lub publicznej. Jaka jest więc możliwość zmiany? Gdzie się ona może zacząć? W tworzeniu społeczeńśtwa obywatelskiego. W kształceniu postaw proobywatelskich i pielęgnowaniu ich w sobie.  Z obawą myślę, że być może będę musiała zmienić pracę na cięższą godzinowo, co oznacza mniej konktatu z dziećmi. A to byłoby odwrotnie skuteczne dla naszych celów.  każde działanie dodające szans dziecku powoduje dystansowanie się od ubogiej większości Byłam wzorową uczennicą. Niewielu traum doświadczyłam w szkole. Nigdy nie zdarzyło mi się płakać z powodu złej oceny. Ale bać zdarzyło mi się codziennie. Obserwować zachowanie nauczycieli z pozycji siły – codziennie. Nawet jeśli nie robili niczego złego, podskórnie czuliśmy, że potencjalnie mogą wiele nam zaszkodzić. Jakim prawem? Dlaczego dziś mam się godzić, że moje dziecko będzie się bało? Bo szkoła ma przygotować do życia, a życie nie pieści? Będzie i tak miało wiele okazji do przetrenowania strachu. Zobaczcie na nasze dzieci – jako niemowlęta mają niewykwalifikowanych nauczycieli, nie mają podstawy programowej, a w ciągu dwóch lat przechodzą z sukcesem program studiów językowych i kulturoznawczych – bez klasówek i, miejmy nadzieję, bez złych ocen. Pewnie każdy zainteresowany przemianami społecznymi w Polsce i pragnący, by szły one w dobrym kierunku dla wszystkich a nie dla wyselekcjonowanych, ma swój własny pomysł na sanację: znajomy lekarz mówi o fatalnym stanie zdrowia – dzieci z biednych rodzin nie mogą skorzystać z prywatnej służby zdrowia, są gorzej odżywione, częściej chore lub niedoleczone, z brzydszym użebieniem, mają mniej szans na dodatkowe zajęcia ruchowe polepszające kondycję; środowisko znajomych pedagogów narzeka na obecny system edukacji, gorsze szanse dzieci ubogich na korzystanie z interesujących je, ale płatnych zajęć, a do osiedlowego klubu na zajęcia muzyczno-taneczne przychodzą dzieci, dla których rodziców wydatek 25 zł za 45 minut tygodniowo nie stanowi problemu. Dochodzę jednak do nwiosku, że każda nasza rodzicielska decyzja jest wyborem sprzyjającym nierównościom:  klubik malucha – płatne zajęcia by dziecko łatwiej za 1-2 lata zaadaptowało się w przedszkolu,  pieniądze chętniej przeznaczane na książki i gry, niż na elektroniczne zabawki, czy nawet popularne ubrania,  wyjazdy w ciekawe miejsca (góry, zagranica) – dają możliwość poznawania świata, innych ludzi, innych warunków życia, języków, obyczajów. Dają obycie, swobodę  wizyty w teatrze, bibliotece, na koncertach  regularne wizyty u stomatologa  decyzje dietetyczne  nauka języka,  odpowiednie leczenie,  powiększanie metrażu mieszkania,  zajęcia dodatkowe, to wszystko pogłębia przepaść między moimi dziećmi, a tymi, których nie stać na zajęcia dodatkowe dla dzieci, którzy mają inaczej ukształtowane gusta i – może z trudem – oszczędzają na komórkę dla dziecka albo play-station; zapominają o dentyście i godzą się na [brak końca]

Powiedzonka Wojtunia

Lipiec 2022 Klasztorek :P Kusiunia pyta, Wojtusiu a co ty pamietasz najwczesniej? Woj: pamietam, ze bylem u mamy w brzuszku, a potem w szpitalu, a wtedy Teo JADL DROZDZÓWĘ! Woj duzo dzis mowil pardon. Pardon i pardon. Pytam go co to znaczy a on, ze "bąk" po angielsku

Moje wspomnienie edukacyjne z Australii

Do Edy Stradomskiej: na fali dorzucam jeszcze moje bardzo osobiste doświadczenie, ucieszyłabym się, gdybyś je przeczytała. To było moje pierwsze zetknięcie z dobrą, inną edukacją (dziś to spisałam, zastanawiając się jak przemycić ideę współpracy do 109): Jako dziesięciolatka, na rok przed obaleniem komunizmu w Polsce wyjechałam z mamą do cioci do Australii na dwa miesiące. Najsilniejsze (do dziś!) wrażenia to: • uśmiechający się do siebie ludzie (zwracałam uwagę, co wyrażają ich twarze, bo nie rozumiałam, co mówią), • sklepy pełne kolorowych dóbr, zwłaszcza te z zabawkami i... • moi rówieśnicy w szkole siedzący twarzami do siebie (po 4 osoby). I teraz więcej o ostatnim: pamiętam swoje zaskoczenie - siedzą jak przy kawiarnianych stolikach! Przecież tym dzieciom umożliwia się gadanie na lekcji! A na lekcji trzeba być cicho. Ale tu chyba nie? Takie refleksje miałam w szkole mojej kuzynki, gdzie zostałam zaproszona do jej klasy. Pierwszego dnia klasa pracowała nad jakimś plakatem (nie pamiętam czego dotyczył). Dzieci najpierw musiały dobrze obgadać pomysł, ponegocjować, wybrać, zdecydować, a wszystko zespołowo. Znowuż brak znajomości języka był moim sprzymierzeńcem. Do woli mogłam obserwować co się dzieje, nie próbując zabierać głosu. Żałowałam tylko, że nie rozumiem żartów. Te też były dozwolone i niekarane surowym spojrzeniem nauczyciela. Nie byłam zostawiona sama sobie. Nauczyciel, młody, uśmiechnięty okularnik zaprosił mnie do „kawiarnianej” grupki mojej kuzynki, a dzieci, po chwili dyskusji – chyba o mnie - dały mi zadanie do wykonania: przy pracach ręcznych związanych z plakatem zostałam wydelegowana do przynoszenia materiałów, które były zmagazynowane w jednym rogu sali - każda grupa brała to, co potrzebowała. Nauczyłam się wtedy nazw kilku kolorów i sympatycznego słowa „glue” (do dziś mam miłe skojarzenia). Dopiero po 20 latach dowiedziałam się, że podobna metoda nazywa się Cooperative Learning in Multicultural Circumstances i jest wykorzystywana tam, gdzie w klasach są dzieci imigranckie, uchodźcze, pozwalając im mimo braku znajomości języka współuczestniczyć w zadaniach, uczyć się języka „w działaniu” i przy okazji – ach te skutki uboczne ;) - integrować się z klasą. Zapamiętałam też atmosferę panującą w tej klasie – pełne skupienie, kiedy nauczyciel coś mówił oraz zaangażowanie dzieci w wykonywanie zadań (ale kto by nie był zaangażowany, skoro nauczyciel zachęcał do – tak to postrzegałam - dobrej zabawy). Nauczyciela zapamiętałam jako raczej cichą postać. Ani razu nie podniósł głosu, dzieci do niego często podchodziły (pamiętam, że myślałam, że ZA często, że on się w końcu na nich zdenerwuje, że mu za dużo głowę zawracają. Ale tak się nie stało), długo z nimi rozmawiał. Był dla nich ważny, ale nie przez swoją groźność (jak znani mi nauczyciele) czy zdystansowany. Do dziś nie wiem, co dokładnie dzieci miały zrobić. Moja dorosła już kuzynka nie pamięta tego zadania, ale mówi, że tego typu działania były i są bardzo popularną metodą pracy w ich szkołach, właściwie codzienną. To, co tego dnia dzieci szlifowały to: umiejętności komunikacyjne, umiejętności współpracy i wspólnego podejmowania decyzji, szukanie informacji, pisanie, czynności manualne, wrażliwość estetyczna, sztuka prezentowania swoich prac przed całą klasą, otwarcie na innego (pamiętam ciepło z jakim przyjęto mnie do kameralnego, 4-osobowego grona). Kuzynka zadania nie pamięta, ale ja mogę jednak z oddali patrzeć na nią i jej edukacyjne, życiowe wybory (a także jej dwóch sióstr), na wpływ, jaki na nią mógł mieć tamten i każdy następny dzień w szkole i wyciągać pewne wnioski. Obie mamy blisko czterdziestkę i własne dzieci. Otóż Vee po urodzeniu czwórki dzieci zaczęła pełna optymizmu wracać na rynek pracy. Najpierw pracowała jako recepcjonistka na pół etatu i jeden dzień w tygodniu spędzając na uczelni, gdzie robiła licencjat. Zdążała wrócić o 14 z pracy, zająć się dziećmi (szkoła kończy się koło 16), domem. Zadania studenckie bardzo często oznaczały internetowe spotkania po godz. 21 w małym gronie i wspólne planowanie i wykonywanie projektu, co każdy ze studentów znał zapewne z wcześniejszych etapów edukacji. Po kliku latach została menedżerką ds. organizacji. I to pewnie nie koniec zawodowych osiągnięć. Bardzo lubi to co robi, bo – jak mówi – lubi współpracować z ludźmi, a na tym polega jej praca (pan Tomczyk – nauczyciel, pewnie by się ucieszył, że jego nauka nie poszła w las). Na tym też najczęściej polega w ogóle praca... Dla mnie ten pierwszy dzień w australijskiej szkole był szokiem kulturowym • rozmawianie ze sobą jest dobre, • nauczyciel ma fajne a nie nudne pomysły, • przyjemnie jest być aktywnym, • uczenie się to robienie najprzyjemniejszej w dzieciństwie rzeczy – wspólnej zabawy z przyjaciółmi. A ze skutków ubocznych: po 2-miesięcznym „zanurzeniu w języku” z Australii wyjechałam z głębokim pragnieniem, że chcę rozumieć, o czym ludzie mówią i z czego się śmieją – nigdy później nie musiałam się zmuszać do nauki angielskiego, zawsze kojarzył mi się sympatycznie.

Pomidory lekko podsuszane

ustawiam piekarnik na 100*C, termoobieg, przekrawam podłużne pomidory kładę skórką na blaszce. Solę niezbzyt obficie, dodaję zioła (pokruszony w palcach tymianek, oregano, bazylię) i skrapiam oliwą. i od razu wkładam do piekarnika, nawet nie czekając aż się piekarnik nagrzeje do tych 100 stopni. siedzą w tym piekarniku te pomidory, aż zobaczysz, że zaczynają się kurczyć. JAk już się trochę pomarszczą, to gaszę temperaturę, ale w zamkniętym piekarniku zostawiam te pomidorki np do samego rana. przed podaniem jeszcze raz dałam trochę oliwy na wierzch.

Sałatka Krysi Sz. z czasów PRL

jej podstawą jest tyle samo wagowo sera żółtego i marchewki. Ser ścieram na tarce albo w robocie kuchennym. Obraną marchewkę najpierw krótko gotuję, tak żeby była "al dente", czyli w środku twardawa, a następnie ścieram ją na tej samej tarce (nie ma potrzeby wówczas myć tarki po serze, więc oszczędność czasu i wody 😉 ). Do tego dodaję bardzo dużo majeranku (np dwie łyżki, jeśli mam pół kostki sera i dwie marchewy), łyżeczkę majonezu i 2 łyżki oliwy. na naszym spotkaniu dodałam też dwie duże garści rukoli, to była nowość, bo w PRLu ta sałatka była tylko serowo-marchewkowa (+przyprawy). Ale wydaje się, że ta rukola dobrze zagrała