sobota, 2 grudnia 2023

Z Iwą o czasie

Chcę czy muszę Monika, 35 lat, wykładowczyni; obecnie na urlopie wychowawczym, podczas którego zajmuje się dwójką dzieci i pisze pracę doktorską, mieszka w Warszawie Co robiłaś w ostatni weekend? Czy możesz zrobić pauzę, bo muszę sobie przypomnieć (śmiech)?... Byłam z mężem na warsztatach psychologicznych poświęconych tematom wychowawczym, byłam także na trzech imprezach i w restauracji. W ten weekend wyjątkowo nic nie było związane z moją pracą. Czyli z reguły w weekendy pracujesz? Tak, sobota to mój dzień pracy. I generalnie mam takie założenie, że cały mój czas sobotni, który nie jest przeznaczony na jedzenie i moje czynności higieniczne, to czas mojej pracy, a Michał zajmuje się dziećmi i domem. Poza tym codziennie od godz. 20.00 pracuję, przynajmniej takie jest założenie teoretyczne. Czyli w czasie, kiedy zasadniczo marzę o tym, żeby już odpoczywać, idę do pracy. Czy w takim razie odbierasz sobie to „wolne” w inny dzień tygodnia, aby odpocząć? Od kiedy przeszłam na urlopy macierzyńskie i wychowawcze, które przypadły niemalże bezpośrednio po sobie, niedziele są dla mnie czasem odpoczynku – po prostu sobotę i niedzielę mam w niedzielę. A patrząc na to, jak spędzasz czas, ile jest w tym „chcę”, a ile „muszę”? Większość – na pewno „chcę”. A „muszę” ...? Muszę zjeść, muszę nakarmić dzieci, muszę zająć się dziećmi w łazience, a cała reszta to moje wybory. Bo np. mogłabym kupować tak gotowe jedzenie, aby nie zajmować się kuchnią, ale chcę się nią zajmować i sama gotować, bo jest to dla mnie ważne, żebym wiedziała, co jem i co je moja rodzina. Podobnie z doktoratem, który czasem jest dla mnie dużym obciążeniem, ale jest też dużą radością. I niby nie jest to czas wolny, ale jednak zasiadając nad doktoratem nie mam poczucia zakucia w kajdany. A czy do „chcę”, które ma miejsce w czasie wolnym, zakrada się jakieś „muszę”? Np. odwiedzić przyjaciół, których dawno nie widziałam, ale tak naprawdę nie mam na to ochoty, obejrzeć ten film, bo wypada, bo wszyscy o nim mówią? Nie, raczej dawno temu uporałam się z takimi rzeczami. Muszę się bardzo zastanowić, bo tak naprawdę jest to bardzo głębokie pytanie. Jeśli nie widzę w czymś sensu, to nie jestem w stanie tego zrobić, a sens widzę wtedy, gdy jest to dobre dla mnie albo dla dzieci. Jeśli wiem, że ktoś obejrzał ten film, to samo w sobie nie niesie mi żadnych korzyści. A propos imprez – w sobotę byliśmy akurat na urodzinach wujka mojego męża. Poszłam tam dlatego, ponieważ było to ważne dla Michała, na pewno ważniejsze niż dla mnie. Sama tego wujka na pewno nigdy bym nie odwiedziła. Z kolei w niedzielę byliśmy na imprezie dziecięcej. Musiałam tam pójść jako opiekunka dziecięca, bo nie puszczę córki samej na imprezę w innej dzielnicy. Uczciwie mówiąc, było to trochę z musu. Ale uważam, że podobnie jak ja, czy Michał mamy prawo spotkać się z kimś dla nas ważnym, ona też ma takie prawo i dlatego ją tam zawiozłam. Ale zasadniczo powiedziałabym, że już dawno skończyłam ze znajomościami, które wydawały mi się korzystne, ale nie dawały mi przyjemności spotkania z człowiekiem. A czy czasami leniuchujesz? Przeżywam teraz specyficzny czas, związany z karmieniem dziecka. Czasem podczas karmienia biorę do ręki książkę, a czasem nie, ale nigdy nie jest to książka naukowa – a mogłaby być. Więc jest to rodzaj decyzji o zupełnym odpoczynku. Myślę też, że mogłabym wiele czynności wykonywać szybciej, żyć jakoś perfekcyjnie, ale tego nie chcę i wiem, że na te różne czynności składa się dużo czasu, który nazwałabym „czasem niskiej jakości”. Bo to ani nie jest leniuchowanie, ani praca, lecz przechodzenie z jednej czynności do drugiej, typu powolne rozładowywanie zmywarki. Zajmuje mi to np. pół godziny, bo w międzyczasie zaczynam się wygłupiać z synem, przy okazji coś nam się wyleje, trzeba to wytrzeć... To coś trzeciego, innego niż efektywna praca i lenistwo. Czas pomiędzy. Czy popadasz czasami w bezczynność? Przy czym czytanie książek podczas karmienia określiłabym zdecydowanie jako czynność. Chyba nigdy tak nie mam, bo jeśli czegoś nie robię fizycznie to zajmuję się myślami. Stany Stan, w których którym nawet bym nie myślała, chyba by mnie zaniepokoiły zaniepokoił. Dlaczego? Bo ten moment, kiedy nic nie robię w sensie manualnym lub kiedy nie czytam, lecz zajmuję się moimi myślami, to możliwość wejścia do mojego świata. Gdybym tego nie robiła, miałabym poczucie marnowanej szansy pobycia samej ze sobą. Czyli jest w tym też aspekt produktywności? No chyba nie. To jest czas bezproduktywny. Chyba że myślę o naszym mieszkaniu – jak je urządzić, żeby się zmieścić w cztery osoby – to jest rodzaj produktu. Ale często myślę np. o kształcie chmury, a to produktywne chyba nie jest, bo żaden wiersz potem z tego nie powstanie (śmiech). Rozglądając się dookoła siebie, jak oceniłabyś tempo życia? Paradoksalnie, wbrew temu, co słyszę z mediów, ja widzę, że ludzie żyją w takim tempie, w jakim dają radę żyć. To nie jest ponad ich siły. Co ciekawe, każdy ma inny zegar w sobie. Jeden skarży się, że ma tak dużo rzeczy do zrobienia, a potem okazuje się, że w perspektywie innej osoby, to nic, bo to pójście na pocztę jednego dnia i koniec. Ale jeśli Jeśli to oceniać moimi kategoriami, to ja nie mam takiego wrażenia, żeby jakieś szaleństwo się wokół mnie dokonywało. Po prostu wydaje mi się, że ludzie dość dobrze radzą sobie z utrzymywaniem równowagi między tym, co muszą – ta dychotomia chyba rzeczywiście istnieje – a tym, co chcą. Myślę, że nawet więcej robią tego, co „chcą”. Może tutaj płeć odgrywa pewną rolę, bo kobiety zdecydowanie więcej robią tego, co muszą. Rozmawiałam ostatnio z dziewczyną, która ma czwórkę dzieci. Sam fakt, że ona z tym wszystkim sama daje radę, powalił mnie na łopatki. Odprowadza i przyprowadza dzieci, bo mąż jest od 8 do 8 w pracy. I po pierwsze wyobraź sobie, że na spotkanie przyszła z pomalowanymi paznokciami, a po drugie powiedziała mi, że wszystko prasuje. Wstaje o godzinie 5 rano. Ona w swoim pojęciu musi to zrobić, a ja nie miałam żelazka w ręce chyba od sześciu lat. Ale właśnie pojawia się pytanie – czy ona to wszystko musi? Pewnie kładąc się wieczorem spać, myśli sobie: „Ile ja mam jutro do zrobienia! Taka sterta do wyprasowania!” (śmiech). A czy mimo tego, co mówisz o zdolności ludzi do zachowania równowagi w tym, co robią, zmieniłabyś coś pod względem czasu, form jego zarządzania i spędzania? Owszem, chciałabym, aby na świecie było mniej czasu na pracę zawodową. Jakąś godzinę dziennie mniej. Postulat 35 godzinnego tygodnia pracy? Tak, to, z czego niektórzy w Europie się wycofują (śmiech). Ale uważam, że tak dużo czasu zajmuje ludziom nie tylko sama praca, lecz także czynności z nią powiązane, tj. dojazd do niej, przygotowanie się do pracy (ciuchy, pralnie) itd. Może to wynika po części z ludzkiego zmęczenia, że to, co robią, postanawiają robić byle jak. Ale myślę, że gdyby byli mniej zmęczeni, mieli by w sobie więcej potrzeby zmieniania czegoś, uczenia się czegoś. Mnie się to dobrze kojarzy. Uczenie się jest dla mnie synonimem czegoś bardzo przyjemnego. Rozmowę prowadziła Iwona Domachowska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz