sobota, 2 grudnia 2023
Emigracja w rodzinie
Moją rodzinę rozdarła emigracja. Mocno
związanych ludzi, zaangażowanych w działania
antykomunistyczne próbowano zmęczyć
różnymi szykanami. Utrudnić życie. Znaleźć
słaby punkt, którego naciśnięcie spowoduje, że
dadzą sobie wreszcie spokój i zmiękną. Siostra
mojej mamy, Magda, nie zgodziła się na pracę
na wsi. Studiowała polonistykę, zżyła się z
wielkomiejskim środowiskiem Poznania,
rodzącymi się nielegalnie inicjatywami
ludzi młodych, zwią-
zanych z poznańskimi
dominikanami. Chcia-
ła uczyć, pewnie
organizować podziemne działania, otwierać
młodym oczy. Wyjechała do Londynu, a po
ukończeniu tam kolejnych studiów dalej,
statkiem do Australii.
Patrzę na moją
córkę, Idę, któ-
rej przez pierwsze 3 miesiące
w przedszkolu
najbliższymi
kolegami byli dwaj chłopcy pochodzenia
wietnamskiego. Z balkonu obserwuję dzieciaki na
„dwórku” – jak mawia Idka. Mały Tony biega za Idą.
Po kilku tygodniach zaczynają zjeżdżać swobodnie
ze zjeżdżalni.
Wiem jakie strachy pokonała moja córka – niechęć
przed szybką jazdą, konieczność puszczenia poręczy
i zjazd. Widzę, że nie tylko dała sobie radę z
żywiołem zjazdu, ale jeszcze – cała Ida – weszła w
nowe doświadczenie z głośną
radością. Jak już coś polubi,
to całą sobą, całym gardłem.
Nie znam lęków Tonego. Nie
znam jego świata. Od
wyjazdu Magdy „tam” minęło ponad pół wieku.
Dzielą nas dziesiątki tysięcy kilometrów. Czy jego
rodzinę emigracja kosztowała też tak wiele, jak moją
dekady lat temu? Czy ci, którzy zostali myślą (bo
może mówić nie mogą): „nie ma ich tu, jaki żal, ale
już nie muszą
znosić
nienawiści”?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz