sobota, 2 grudnia 2023
Moje wspomnienie edukacyjne z Australii
Do Edy Stradomskiej:
na fali dorzucam jeszcze moje bardzo osobiste doświadczenie, ucieszyłabym się, gdybyś je przeczytała. To było moje pierwsze zetknięcie z dobrą, inną edukacją (dziś to spisałam, zastanawiając się jak przemycić ideę współpracy do 109):
Jako dziesięciolatka, na rok przed obaleniem komunizmu w Polsce wyjechałam z mamą do cioci do Australii na dwa miesiące. Najsilniejsze (do dziś!) wrażenia to:
• uśmiechający się do siebie ludzie (zwracałam uwagę, co wyrażają ich twarze, bo nie rozumiałam, co mówią),
• sklepy pełne kolorowych dóbr, zwłaszcza te z zabawkami i...
• moi rówieśnicy w szkole siedzący twarzami do siebie (po 4 osoby).
I teraz więcej o ostatnim: pamiętam swoje zaskoczenie - siedzą jak przy kawiarnianych stolikach! Przecież tym dzieciom umożliwia się gadanie na lekcji! A na lekcji trzeba być cicho. Ale tu chyba nie?
Takie refleksje miałam w szkole mojej kuzynki, gdzie zostałam zaproszona do jej klasy. Pierwszego dnia klasa pracowała nad jakimś plakatem (nie pamiętam czego dotyczył). Dzieci najpierw musiały dobrze obgadać pomysł, ponegocjować, wybrać, zdecydować, a wszystko zespołowo. Znowuż brak znajomości języka był moim sprzymierzeńcem. Do woli mogłam obserwować co się dzieje, nie próbując zabierać głosu. Żałowałam tylko, że nie rozumiem żartów. Te też były dozwolone i niekarane surowym spojrzeniem nauczyciela.
Nie byłam zostawiona sama sobie. Nauczyciel, młody, uśmiechnięty okularnik zaprosił mnie do „kawiarnianej” grupki mojej kuzynki, a dzieci, po chwili dyskusji – chyba o mnie - dały mi zadanie do wykonania: przy pracach ręcznych związanych z plakatem zostałam wydelegowana do przynoszenia materiałów, które były zmagazynowane w jednym rogu sali - każda grupa brała to, co potrzebowała. Nauczyłam się wtedy nazw kilku kolorów i sympatycznego słowa „glue” (do dziś mam miłe skojarzenia). Dopiero po 20 latach dowiedziałam się, że podobna metoda nazywa się Cooperative Learning in Multicultural Circumstances i jest wykorzystywana tam, gdzie w klasach są dzieci imigranckie, uchodźcze, pozwalając im mimo braku znajomości języka współuczestniczyć w zadaniach, uczyć się języka „w działaniu” i przy okazji – ach te skutki uboczne ;) - integrować się z klasą.
Zapamiętałam też atmosferę panującą w tej klasie – pełne skupienie, kiedy nauczyciel coś mówił oraz zaangażowanie dzieci w wykonywanie zadań (ale kto by nie był zaangażowany, skoro nauczyciel zachęcał do – tak to postrzegałam - dobrej zabawy). Nauczyciela zapamiętałam jako raczej cichą postać. Ani razu nie podniósł głosu, dzieci do niego często podchodziły (pamiętam, że myślałam, że ZA często, że on się w końcu na nich zdenerwuje, że mu za dużo głowę zawracają. Ale tak się nie stało), długo z nimi rozmawiał. Był dla nich ważny, ale nie przez swoją groźność (jak znani mi nauczyciele) czy zdystansowany.
Do dziś nie wiem, co dokładnie dzieci miały zrobić. Moja dorosła już kuzynka nie pamięta tego zadania, ale mówi, że tego typu działania były i są bardzo popularną metodą pracy w ich szkołach, właściwie codzienną. To, co tego dnia dzieci szlifowały to: umiejętności komunikacyjne, umiejętności współpracy i wspólnego podejmowania decyzji, szukanie informacji, pisanie, czynności manualne, wrażliwość estetyczna, sztuka prezentowania swoich prac przed całą klasą, otwarcie na innego (pamiętam ciepło z jakim przyjęto mnie do kameralnego, 4-osobowego grona).
Kuzynka zadania nie pamięta, ale ja mogę jednak z oddali patrzeć na nią i jej edukacyjne, życiowe wybory (a także jej dwóch sióstr), na wpływ, jaki na nią mógł mieć tamten i każdy następny dzień w szkole i wyciągać pewne wnioski. Obie mamy blisko czterdziestkę i własne dzieci. Otóż Vee po urodzeniu czwórki dzieci zaczęła pełna optymizmu wracać na rynek pracy. Najpierw pracowała jako recepcjonistka na pół etatu i jeden dzień w tygodniu spędzając na uczelni, gdzie robiła licencjat. Zdążała wrócić o 14 z pracy, zająć się dziećmi (szkoła kończy się koło 16), domem. Zadania studenckie bardzo często oznaczały internetowe spotkania po godz. 21 w małym gronie i wspólne planowanie i wykonywanie projektu, co każdy ze studentów znał zapewne z wcześniejszych etapów edukacji. Po kliku latach została menedżerką ds. organizacji. I to pewnie nie koniec zawodowych osiągnięć. Bardzo lubi to co robi, bo – jak mówi – lubi współpracować z ludźmi, a na tym polega jej praca (pan Tomczyk – nauczyciel, pewnie by się ucieszył, że jego nauka nie poszła w las). Na tym też najczęściej polega w ogóle praca...
Dla mnie ten pierwszy dzień w australijskiej szkole był szokiem kulturowym
• rozmawianie ze sobą jest dobre,
• nauczyciel ma fajne a nie nudne pomysły,
• przyjemnie jest być aktywnym,
• uczenie się to robienie najprzyjemniejszej w dzieciństwie rzeczy – wspólnej zabawy z przyjaciółmi.
A ze skutków ubocznych: po 2-miesięcznym „zanurzeniu w języku” z Australii wyjechałam z głębokim pragnieniem, że chcę rozumieć, o czym ludzie mówią i z czego się śmieją – nigdy później nie musiałam się zmuszać do nauki angielskiego, zawsze kojarzył mi się sympatycznie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz