sobota, 2 grudnia 2023

Chciałam to wysłać do Wysokich Obcasów

Zepsuł mi się telefon i muszę sobie kupić nowy. Przechodziłam dziś przez Plac Konstytucji i tam zapraszająco zamigotały do mnie reklamy jednego z operatorów sieci. Weszłam. Jak kosmicznie! Wszystko takie wypielęgnowane, jasny przekaz, ale odpowiednio dawkowane różne zdziwienia. Cóż, w końcu przodujący operator, swoją agresywną polityką zdystansował konkurencję. Wystrój wnętrza dokładnie taki sam, jak w setkach innych salonów tej firmy. A krzesła to robią wrażenie stołków barowych. Ach, jako matka dwójki małych dzieci co prawda w barze (i wielu innych miejscach) nie byłam od 4 lat, ale chociaż tu sobie po cichutku poudaję, że tak swobodnie się czuję i że mi tak przyjemnie, jak na imprezie. Tylko będę musiała pamiętać, żeby z wysokości zerknąć czasem na moje siaty, z innej bajki. O, dla takich stołków to nawet poczekam te kilka minut w kolejce. Zajęte 4 stanowiska i kilka osób czekających przede mną. Czyli mogę sobie dalej powyobrażać. To moja prywatna zabawa. Jako mama dwóch maluchów taką grę sobie wymyśliłam – idealną na sytuacje unieruchomienia przy karmieniu, czekania na dziecko, stania na placu zabaw. Stanowisko numer 1: pani ekspedientka (jakiego słowa teraz się używa? Sprzedawca tak, ale sprzedawczyni?) wydaje mi się znajoma, ale odmieniona – wstawiona w jakąś silikonową, przejrzystą nakładkę z blond peruczką. Skąd ją znam? Może z jakiegoś koncertu? Pewnie grała na skrzypcach, tak, stąd to zgarbienie, pewnie od bólu szyi. Miała wtedy wieczorową czarną suknię i błyszczące kolczyki. Teraz bardzo skupiona wyszukuje coś dla pary klientów w komputerze. Może sobie na taką rutynową pracę pozwolić, musi przecież czasem odetchnąć od estradowej nieprzewidywalności… Stanowisko nr 2: obsługujący schowany za monitorem, ale za to widzę dobrze panią obsługiwaną. Ha, ależ historia. To starsza pani, okularnica, bardzo miła mina i staranna gestykulacja. Może zna słowa Kieślowskiego, że od 40-tki pracujemy na nasze twarze? Wygląda jakby... Tak, na pewno… grywa z mężem i przyjaciółmi w brydża. I… popijają do tego domowej roboty likiery. Pigwę do likieru pani zbiera do wiklinowego kosza w ogrodzie swej przyjaciółki. Jak grają i piją, to są wtedy tacy zabawno-intelektualno-rozgadani, a pani błyska tymi swoimi grubymi szkłami. Pani ma też kraciastą koszulę. Na pewno zabiera ją na wyprawy w góry. Jeżdżą od „zawsze” do schroniska, albo do... zaprzyjaźnionej gaździny. Góry znają jak własną kieszeń. Coroczna wyprawa jest świetna dla kondycji. To stąd ta prosta sylwetka, mimo wieku koło 70-tki. Choć prosta, to jednak pani jest niewysoka. No, niziutka. Właściwie, to nic nie może chyba zobaczyć na tym monitorze. Pewnie znowu będzie tak jak zawsze – nie dowidziała, pan jej coś tam tłumaczył, pytał o potwierdzenie, to się zgodziła, taki przecież życzliwy. Z każdym można się porozumieć, jeśli się ma w sobie otwartość i sympatię do ludzi. A ten przecież naprawdę chciał pomóc. Nie da się już naprawdę głośniej? No ale że też nie usłyszał, że dzwonki mają być naprawdę bardzo głośne. Ale na razie jeszcze nie wyszła z salonu (salonu! Sic!), stoi, poprawia okulary i przysłuchuje się monologowi młodego sprzedawcy, bulgoczącego żargonem telefonoświatka. Zmienia pozycję. Chyba jest jej niewygodnie. No tak, w zeszłym roku po raz pierwszy nie pojechali w góry, ze względu na jej operację stawu biodrowego. Ma się oszczędzać i kategorycznie prosić, by jej ustąpiono miejsca. Razem z nią rozglądam się za skrawkiem zwykłego krzesła. Nie, krzesło do baru nie pasuje. Nie jest sexy, co taka proza może oznaczać w takim supermiejscu. Zepsułaby wszystko. Cały wysiłek młodej, ekspansywnej ekipy dizajnerów i architektów, którzy z wypiekami na twarzy urządzali to dwudziestopierwszowieczne sanktuarium i dziś są tacy dumni. Tacy dumni. Bo byli bezkompromisowi. „Jak człowiek wejdzie, to ma poczuć… WOW! To naprawdę jest moje miejsce, moje telefony, moje anioły za ladą, to wreszcie jest to, czego potrzebuję”. A nie jakieś nudne krzesła-sresła. To nie ta linia. A linia ma tu wszystko łączyć, w tym projekcie. Bez tego ludzie się nie poczują częścią tej, tej, tej... rodziny. *** Moja siostra studiowała architekturę i co nieco mi powiedziała o proporcjach. I jak tak spojrzałam takim architektokiem, to od razu zobaczyłam, że ta pani, co z tego, że miła, po prostu jest z innej bajki. Ona tu w ogóle nie pasuje. Jej kolory gryzą się z dominującą barwą, jej wzrost utrudnia pracę sprzedawcy i właściwie pociesznie wygląda, a jej łaknące krzesła biodra nikogo nie interesują. Pomyślałam o Franku, znajomym wózkowcu. Co by tu mógł? Kupić wymarzony telefon? Raczej liczyć na łut szczęścia, bo też by zgadywał co widzi na monitorze metr nad nim. Już widzę jak przedsiębiorcza sprzedawczyni ściąga laptopa, wymachuje kablami prezentując zalety promocji, ale, oj niestety, kabla już bardziej nie da się wyciągnąć. Niech mi pan wierzy, to jest najlepsze rozwiązanie. Zaczęłam wyliczać znajomych i krewnych. Dla co najmniej 1/3 z nich to wysokie, jednonogie krzysło-metafora byłoby nie do użytku. A ja? Wgramolę się na barowe krzesło, nawet dopasuję się do dominującej linii, ale zabawy już nie będę mieć. Bo cały czas będę myśleć, że każda z 39 złotówek abonamentu, który zaplanowałam wybrać, będzie znakiem, że „tak! Wspaniale, więcej tego, tak! To ten kierunek”. Dla mnie to jest takie delikatne, nie wprost wykluczanie ludzi. Taka polityka półuśmiechu pod tytułem „przykro nam, nie może pani zostać naszą klientką”. Chyba czas, żebym też zaczęła być bezkompromisowa. Mój abonament pomnożony przez kolejne lata mógłby być zarobkiem tej firmy, ale nie będzie. Zapomnę o tej firmie, a za to pobawię się w moją bezpłatną grę i dopiszę motorniczemu mojego tramwaju życiorys poety. Gdy wraca ze zmiany, to już tylko kartki i ołówek. Zanim zostałam mamą, z moim studentami dużo rozmawialiśmy o społecznej odpowiedzialności biznesu. Że ta odpowiedzialność to nie tylko marketingowo korzystne sponsorowanie imprez dla dzieci, ale też wychodzenie ku człowiekowi, tworzenie przestrzeni przyjaznej, „dospołecznej” a nie „odspołecznej”. Wtedy byłam pełna entuzjazmu, teraz niepokoję się co moje geny zobaczą oczami mojej praprapraprapraprawnuczki. Niedziela, 10.02.2013 „Gwałt na Lukrecji” Brittena, Stara Drukarnia PAP Miłość to wyzwalające więzy Rola chóru – pomiędzy historią a publicznością, żadne „oko” puszczane do nas Dosłowność gwałtu – czy potrzebna? Wpisywała się w młodzieńczą rewolucyjność, energię twórczą Kompletność scenografii, umowność Jakieś mocne poruszenie we mnie – wspólne opłakiwanie tego świata, tego urządzenia go wraz z miłością i każdym jej przeciwieństwem, albo substytutem, albo wynaturzeniem: chciwością, zazdrością, złością, nienawiścią, brakiem wybaczenia samemu sobie… Poniedziałek, 17.03.2014 Czy wybór prywatnej szkoły przyczynia się do pogłębiania nierówności społecznych? Wczoraj rozmawialiśmy z Domachowskimi i Michałowskimi o ewentualnym wyborze szkoły Montessori dla Idy. Iwona:  wybierając taką szkołę, pogłębiacie różnice społeczne, przyczyniacie się do pogłębiania nierówności. Jak to mnie mocno dotknęło. Przecież ja moim życiem pragnę, by ludziom życia nie utrudniać, dzieciom ujmować ciężarów – za te najgorsze uważam te, spotykające je w domu, więc stąd moje zainteresowanie przeciwdziałaniem przemocy. Nierówności silnie korelują z przemocą. I tu takie stwierdzenie. Bolesne. Moje argumenty:  Montessori jest prywatna, ale jej linia to nauczyć szacunku do siebie i innych. Wychowanek takiej szkoły z mniejszym prawdopodobieństwem będzie pryzcyzniał się do wyzysku drugiego człowieka, bo zinternalizuje uczciwość i szacunek  przez fakt uczestniczenia w publicznej oświacie z definicji podcinam skrzydła dziecku. Podcięte skrzydła kiedyś będą jej kazaly milczeć w chwili próby, strachu, niesprawiedliwości itp. Poczucie prawa do głosu itp. zdobyte w Montessori być może pozwolą jej na inną, bardziej obywatelską reakcję  szkoła panstwowa socjalizuje do opresji, funkcjonowania w systemie kar, siłowych rozwiązań. Swoim ukrytym programem zachęca do skupiania się na swoim, karze za współpracę i inicjatywę.  posyłając do szkoły państwowej mówię „tak” ofercie państwa. A ja się na nią nie zgadzam, tylko że mam niewielkie możliwości manewru. Nie ma mowy o konstruktywnym współtworzeniu szkoły. Mogę ewentualnie nie zgodzić się, zasiać ferment w jakiejś sprawie. Ale nie zmienię osobowości uczących tam ludzi.  Podczas spacerów mijam okoliczne przedszkola i obserwuję musztrę, komendy, wyznaczone trawniczki, zadziwiające zasady, których mali przedszkolacy muszą się słuchać. I nie kwestionować! Akurat czytam Foucaulta o systemie więziennictwa. Przed oczami mam ilustrację do książki...  wybór szkoły osiedlowej tak samo jest pogłębianiem czy utwierdzaniem nierówności – w tym sensie, że godzę się na przynależność do większości łatwo podporządkowującej się, bo szkoła do tego wychowuje, wybierając szkołę płatną defacto pogarszam nasz byt materialnie. Mając dwoje dzieci będziemy każdego roku o co najmniej 40 tysięcy ubożsi. Tych pieniędzy nie przeznaczymy na lepsze warunku mieszkaniowe, lepszy sprzęt elektroniczny czy sportowy. Czy więc samo przebywanie wśród osób z wyżśzej klasy średniej jest czynnieim pogłębiania nierówności? Czy takie przebywanie jest równoznaczne z przejęciem jej stylu życia?  wejście w system edukacji jest faktycznie przytaknięciem jej. Prywatnej, lub publicznej. Jaka jest więc możliwość zmiany? Gdzie się ona może zacząć? W tworzeniu społeczeńśtwa obywatelskiego. W kształceniu postaw proobywatelskich i pielęgnowaniu ich w sobie.  Z obawą myślę, że być może będę musiała zmienić pracę na cięższą godzinowo, co oznacza mniej konktatu z dziećmi. A to byłoby odwrotnie skuteczne dla naszych celów.  każde działanie dodające szans dziecku powoduje dystansowanie się od ubogiej większości Byłam wzorową uczennicą. Niewielu traum doświadczyłam w szkole. Nigdy nie zdarzyło mi się płakać z powodu złej oceny. Ale bać zdarzyło mi się codziennie. Obserwować zachowanie nauczycieli z pozycji siły – codziennie. Nawet jeśli nie robili niczego złego, podskórnie czuliśmy, że potencjalnie mogą wiele nam zaszkodzić. Jakim prawem? Dlaczego dziś mam się godzić, że moje dziecko będzie się bało? Bo szkoła ma przygotować do życia, a życie nie pieści? Będzie i tak miało wiele okazji do przetrenowania strachu. Zobaczcie na nasze dzieci – jako niemowlęta mają niewykwalifikowanych nauczycieli, nie mają podstawy programowej, a w ciągu dwóch lat przechodzą z sukcesem program studiów językowych i kulturoznawczych – bez klasówek i, miejmy nadzieję, bez złych ocen. Pewnie każdy zainteresowany przemianami społecznymi w Polsce i pragnący, by szły one w dobrym kierunku dla wszystkich a nie dla wyselekcjonowanych, ma swój własny pomysł na sanację: znajomy lekarz mówi o fatalnym stanie zdrowia – dzieci z biednych rodzin nie mogą skorzystać z prywatnej służby zdrowia, są gorzej odżywione, częściej chore lub niedoleczone, z brzydszym użebieniem, mają mniej szans na dodatkowe zajęcia ruchowe polepszające kondycję; środowisko znajomych pedagogów narzeka na obecny system edukacji, gorsze szanse dzieci ubogich na korzystanie z interesujących je, ale płatnych zajęć, a do osiedlowego klubu na zajęcia muzyczno-taneczne przychodzą dzieci, dla których rodziców wydatek 25 zł za 45 minut tygodniowo nie stanowi problemu. Dochodzę jednak do nwiosku, że każda nasza rodzicielska decyzja jest wyborem sprzyjającym nierównościom:  klubik malucha – płatne zajęcia by dziecko łatwiej za 1-2 lata zaadaptowało się w przedszkolu,  pieniądze chętniej przeznaczane na książki i gry, niż na elektroniczne zabawki, czy nawet popularne ubrania,  wyjazdy w ciekawe miejsca (góry, zagranica) – dają możliwość poznawania świata, innych ludzi, innych warunków życia, języków, obyczajów. Dają obycie, swobodę  wizyty w teatrze, bibliotece, na koncertach  regularne wizyty u stomatologa  decyzje dietetyczne  nauka języka,  odpowiednie leczenie,  powiększanie metrażu mieszkania,  zajęcia dodatkowe, to wszystko pogłębia przepaść między moimi dziećmi, a tymi, których nie stać na zajęcia dodatkowe dla dzieci, którzy mają inaczej ukształtowane gusta i – może z trudem – oszczędzają na komórkę dla dziecka albo play-station; zapominają o dentyście i godzą się na [brak końca]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz